ZEGAROWE SKAŁY

W Zegarowe Skały koło Smolenia trafić wcale nie jest tak łatwo. Brak jest drogowskazów, przynajmniej od strony Pilicy. Zaraz za parkingiem przy zamku trzeba skręcić w lewo i dalej podjechać wyasfaltowaną, wąską drogą. Na jej końcu znajduje się niewielki parking, którego pilnuje miejscowa pani, pobierając opłatę w wysokości 5 złotych. Tu zostawiliśmy „Daćkę” i dalej ruszyliśmy piechotą, za niebieskimi znakami Szlaku Warowni Jurajskich. Z polnej drogi można było ujrzeć m.in. sterczący po lewej stronie pośród trawy drogowskaz, wskazujący drogę w same Skały. My jednak podążyliśmy prosto, poszukując wejścia na zielony Szlak Jaskiniowców. Ten znaleźliśmy u stóp Biśnika – okazałej skały, którą zdobyliśmy, wspinając się nieco zarośniętymi schodami. Droga na szczyt prowadziła wąską szczeliną między skałami, skąd widać było zakratowane wejście do jaskini. Na samym wierzchołku rośnie sobie nieco pokręcona sosna, żywo przypominająca tę z pienińskiej Sokolicy.


O tym, że Szlak Jaskiniowców wymaga nieco wysiłku w utrzymanie, przekonały nas: nieco sfatygowana tablica z jego przebiegiem, urwana głowa jaskiniowca w jednej z grot i szlak na Grodzisko Pańskie. Kiedy po 20 minutach marszu leśnym duktem dotarliśmy pod najwyższy punkt Skał, okazało się, że zdobycie go jest niemożliwe z uwagi na sporych rozmiarów pokrzywy, osty i inne zarośla, które skutecznie blokowały dalszą wędrówkę, tym bardziej z Mikusiem na plecach. Wykonaliśmy więc efektowny odwrót, by nieco krótszą drogą znów wrócić na niebieski szlak.
Stąd zboczyliśmy ku samym Zegarowych Skałom, które okazały się przede wszystkim mekką wspinaczy. By dostać się do ich podnóża, Mikuś pokonywał okazałe stopnie, wykonane z podkładów kolejowych. U celu okazało się, że tu także panują chaszcze i zarośla. Wróciliśmy więc do samochodu i ruszyliśmy z powrotem, nie omieszkując zjeść lodów na pilickim rynku





Strona główna