Tu zmieniliśmy szlak na niebieski i dziarsko pomaszerowaliśmy ku Trzem Kopcom. Po drodze minęliśmy Świniorkę (700 m.n.p.m.) ze wspaniałym widokiem na Skrzyczne (1257 m.n.p.m.), a pod nią – przysiółek Zakrzosek z mega-klimatycznym lokalem gatronomiczno-rozrywkowym „Złoty Bażant” (zimne „Tyskie” z archiwalnej lodówki, „lekko rozmiękczona” miejscowa pani, hustawki z „Wigry-3”, dekiel do tańca oraz słowacki folk z magnetofonu). Stąd już wiele wędrówki nie było – po ok. 30 minutach byliśmy już na Trzech Kopcach Wiślańskich, a po kolejnych paru chwilach – w prywatny schronisku „Telesforówka”.
Schronisko to trzy budynki – u samej góry mini-bar z jadłem i napitkiem, niżej – dom gospodarzy, państwa Telesińskich, a najniżej – niewielkie schronisko z przytulną świetlicą z kominkiem, czystą łazienką z gorącą (!!!) wodą oraz pokojami na dwóch kondygnacjach. Dzięki uprzejmości gospodarzy dane nam było nawet zobaczyć półfinał Ligi Światowej Polska-Brazylia (wtopa była…). Wcześniej jednak pławiliśmy się w lipcowym słońcu, podziwiając otaczające nas górskie krajobrazy i słuchając, dochodzących z Brennej… relacji z festynu kosiarzy (pan wodzirej darł się na pół Beskidu Śląskiego). Meczowi zaś towarzyszył płonący kominek. Niewiele jest w Beskidach takich miejsc, oj niewiele. A szkoda…
Rankiem, po śniadanku (jajecznica ze świeżymi grzybami) wróciliśmy na Trzy Kopce, a stamtąd – żółtym szlakiem – powędrowaliśmy do Wisły. W drodze – częściowo leśnym duktem, częściowo asfaltową jezdnią – towarzyszyły nam inne widoki. Przed nami prezentowało się w całej swej okazałości pasmo Czantorii i Stożka (978 m.n.p.m.), a w oddali – Beskid Żywiecki, a nawet Mala Fatra z Rozsudcem. Szlak schodzi do samego centrum Wisły, do miejsca gdzie poprzedniego dnia zostawiliśmy samochód.