Na początku mijamy trzy bramy oraz tunel, z którego prowadziły onegdaj wejścia do kazamat. Stajemy na największym zamkowym dziedzińcu. Po lewej stronie mamy zamkową kaplicę (wstęp osobno płatny), a przed nami pną się w górę kolejne zabudowania. Po prawej znajduje się budynek z kominem, który spowodował w XVIII wieku pożar, który pozbawił oryginalnego wystroju większą część zamkowych wnętrz. Zamek był zmieniany przez stulecia i każdy właściciel coś dobudowywał. Dziś stanowi potężną i rozległą budowlę, w której łatwo się zagubić. Przekonaliśmy się o tym, wchodząc do części pałacowej, skąd długo nie wyszliśmy. Prowadzeni byliśmy przez kolejne komnaty, zarówno użytkowe (zbrojownie, szermiernię) jak i mieszkalne: sypialnie z nader krótkimi łóżkami (członkowie rodziny Turzo, władającej zamkiem mieli po 165 cm, a mimo to uważani byli za postawnych) czy salę rycerską. Spore wrażenie zrobiła na nas galeria dawnych panów zamku z odzwierciedlonymi ich cechami: jeden z portretowanych miał u jednej ręki cztery palce, u drugiej – sześć, ponoć „sześcioma brał, czterema dawał”, innego wyposażono w diablą dłoń – wiadomo z kim ponoć miewał konszachty. Ale nie tylko historia gości w zamkowych murach. Sporo miejsca zajmuje ekspozycja przyrodniczo-geograficzna, przedstawiająca Orawę, jej środowisko i mieszkańców. Wśród przedstawionych tu zwierząt znajdziemy: niedźwiedzia, wilka, jelenia, czy głuszca. W innej części zamku znajdują się także zbiory etnograficzne.
Z sal wyszliśmy na górny dziedziniec, otoczony wysokimi, drewnianymi krużgankami. Na nim samym zwraca uwagę studnia – dawniej 93 metrowa, dziś już „tylko” 65 metrowa. Stąd rozpoczyna się wspinaczka na najwyżej położone miejsce zamku – cytadelę, pamiętającą jego początki (pierwsze wzmianki to już VII w.). Przytulonymi do skały stopniami wspięliśmy się na skalną basztę, gdzie stoi ta część warowni. U stóp mieliśmy dolinę rzeki Oravy, wraz z miasteczkiem, w oddali majaczyły szczyty Małej Fatry. Co ciekawe – w cytadeli nie było studni, a mieszkańcy czerpali wodę z cysterny, którą napełniał spływający do niej deszcz.
Tu nasze zwiedzania dobiegło końca. Teraz mogliśmy jeszcze raz spokojnie przejść po monumentalnej budowli i podziwiać jej urok, potęgę i piękno. A jest co.
PS. U Orawskiego zomecku ściany nie leży żaden
Janicek porubany. My przynajmniej nie zauważyliśmy.