NOWY SĄCZ

Kiedy wjedziemy do Nowego Sącza i kierować się będziemy za drogowskazami "Centrum", prędzej czy później dotrzemy na renesansowy rynek. Samochód udało nam się zostawić tuż przy samym rynku, co w weekendy jest bezpłatne. Świadomi, że gdzieś tu znajdują się ruiny królewskiego zamku, ruszyliśmy na poszukiwanie planu miasta lub informacji turystycznej. Rezultat? Mizerny. Obszedłszy wokół renesansowy ratusz, minąwszy fontannę i pomnik ku czci Jana Pawła II nie znaleźliśmy nic. Weszliśmy więc na nowosądecki deptak - ulicę Jagiellońską, a stamtąd w prawo - ul. Kościuszki - dotarliśmy do... Nie, nie do zamku, tylko do wytwórni lodów LWOWIANKA państwa Argasińskich. Przepyszne lody na wagę, podane w firmowych waflowych kubkach osłodziły nam niepowodzenie w poszukiwaniach. Postanowiliśmy więc szukać dalej. Ciekawość zawiodła nas do widocznej z rynku bazyliki pw. Św. Małgorzaty. I tu pierwszy sukces - na tyłach świątyni znajduje się częściowo zrekonstruowany odcinek murów miejskich, na który można swobodnie wejść. Sukces połowiczny. Penetrowaliśmy więc dalej.

UWAGA - DUCH !!!

Po nowosądeckim rynku, najczęściej w noc sylwestrową snuje się postać starszego mężczyzny w staroświeckich, uniwersyteckich szatach. To Michał Sędziwój, alchemik, któremu dane było poznać tajemnicę przemiany ołowiu w złoto. Napotkanie zjawy wróży ponoć szczęście. Nic, tylko ruszać na Sylwestra do Nowego Sącza.

Gdy ponownie przemierzaliśmy rynek, bystre oko Reni wypatrzyło plan miasta... przypięty pinezkami do drewnianego płotu obok ubikacji "Ogródka Prowincjonalnego". Krótka lektura skierowała nas na biegnącą od rynku ul. Kazimierza Wielkiego. Po przejściu jakiś 500 metrów naszym oczom ukazał się po lewej stronie drogi niewielki park, skrywający ruiny zamku.
Zarośnięte resztki warowni pozostawione są samym sobie. Ruiny pomieszczeń mieszkalnych i piwnic są nieopisane i stanowią raczej miejsce konsumpcji alkoholi niż zwiedzania. Penetrując je, oprócz tego, gdzie stawiać nogę, uważać trzeba także na szkło i pokrzywy.


Na północ od zamkowych ruin znajduje się zrekonstruowana i przykryta dachem Baszta Kowalska wraz z fragmentem murów. Co się tyczy zwiedzenia jej oraz wejścia na mury - spotkał nas srogi zawód. Baszta jest zamknięta, a powybijane okna świadczą, iż nie jest udostępniona i eksploatowana. Wejścia na mury bronią zaś metalowe kraty.
Nowy Sącz lekko nas rozczarował - przede wszystkim brakiem informacji turystycznej - zwiedzać wszak jest co.



STARY SĄCZ

„Starszy brat” Nowego Sącza jest niewielkim, sennym miasteczkiem, położonym na południe od niego. Zaparkowaliśmy na sporym, brukowanym „kocimi łbami” rynku, na którym eksponowano 750-lecie istnienia miasta. Ruszyliśmy więc malowniczymi uliczkami, pełnymi kwiatów i pozbawionymi zbytniego ruchu. Naszym celem był, znajdujący się we wschodniej części Sącza, klasztor klarysek ze znajdującym się tam grobem „pani sądeckiej i pienińskiej” – św. Kingi. Jej węgierskie pochodzenie sprawia, iż spotkaliśmy tu wielu Madziarów. Gdy doszliśmy do bram klasztoru, skręciliśmy w Trakt Św. Kingi. Powiódł on nas przez bogato zdobiona drewnianą bramę (przywiezioną z Węgier), wzdłuż murów i wież klasztornych do źródła św. Kingi, z którego woda płynie tak wolno, jak czas w niedzielne południe. Sam klasztor wraz z kościołem jest obecnie (lipiec 2007) poddawany renowacji i pewnie wkrótce odzyska dawny blask. My natomiast udaliśmy się do Nowego Sącza, po raz kolejny zajrzeć na Lwowską, do lodziarni państwa Argasińskich.





Strona główna