STARA L'UBOVNA
W niektórych publikacjach oraz, na niektórych mapach, nazwa owej słowackiej miejscowości jest pisana – nie wiedzieć czemu – „Stara Lubovla”. Lubowniański „hrad” – czyli zamek – góruje nad miastem, którego większość stanowią obecnie betonowe bloki; spiczasta wieża jest doskonałym punktem orientacyjnym. My dotarliśmy tam od Mniška nad Popradem. Na skrzyżowaniu skręciliśmy najpierw na Prešov, a potem – za kierunkowskazami w lewo – do podnóży zamku. Tu znajdują się parkingi (40 SVK), ale my zaparkowaliśmy „darmowo” przy pobliskim rycerskim miasteczku dla dzieci. Stąd trzeba jeszcze trochę podreptać, by – minąwszy liczne lokale gastronomiczne – zakosami podejść pod główną bramę zamku.
Przechodzimy ją i naprawdę trochę cofamy się w czasie. Wstęp to 70 SVK (+20 SVK za możliwość robienia zdjęć). Po wykupieniu biletu wita nas muzyka dawna i przewodniczki w strojach z epoki, oprowadzające przede wszystkim grupy. Wielkim plusem jest fakt, iż wraz z biletem otrzymujemy ulotkę, gdzie – punkt po punkcie – wyszczególnione i opisane są wszystkie obiekty warte zobaczenia (jest ich 17). Warto wspomnieć, że do 1772 roku zamek był w rękach polskich (m.in. rodów Kmitów i Lubomirskich).
Spacer po zamku to wędrówka przez trzy epoki architektury – gotyku, renesansu i baroku. Można zaobserwować jak zmieniało się budownictwo obronne i mieszkalne. Przechodząc kolejne bastiony i zwiedzając kolejne ekspozycje można dowiedzieć się wiele o historii samej warowni oraz o ludziach którzy tu mieszkali – zarówno o władcach jak i podwładnych.; jedna z ekspozycji pokazuje bowiem warsztaty dawnych rzemieślników. Zwiedzanie jest „od piwnic aż po dach” – czyli od podziemnych kazamat po wieżę, z której roztacza się wspaniały widok na Beskid Sądecki, Tatry, Pieniny (doskonale widać Trzy Korony), Góry Lewockie i inne pasma, których nie potrafimy nazwać. Wejście na wieże prowadzi dość niskim chodnikiem, więc osobom o większych gabarytach radzimy uważać na głowę. Jednym z ostatnich punktów na zamkowym szlaku jest zamkowa kaplica, gdzie można poczuć się naprawdę jak szlachcic proszący o łaskę przed wyprawą na Turczyna. Kilka obiektów na zamku jest ruiną, co jednak nie odbiera im uroku.
Gdy spojrzeliśmy na zegarki, okazało się że słowacka warownia „ukradła nam” półtorej godziny. Schodząc wstąpiliśmy na obiad, ale „vypražanego syra z hranolkami” nie wspominamy szczególnie dobrze.
U stóp zamku znajduje się skansen (do którego nie zawitaliśmy), gdzie można poznać orawską architekturę drewnianą. Trzeba tylko dopłacić do biletu na zamek 50 SVK.