 |
 |
Po dawnym punkcie widokowym na Babią Górę pozostało niewiele – coraz wyższe świerki zasłaniają „królową polskich Beskidów”. Stąd już wielkiego wspinania nie było – czerwony szlaki łagodnie pnie się na szczyt Policy, zaznaczony krzyżem. Parę metrów poniżej rozpościera się dziki i „dżunglowy” krajobraz – wiatrołomy utworzyły platformę widokową, z której podziwiać można Tatry oraz masyw Babiej Góry (lepszy widok, niż z Hali Śmietanowej).
Do celu naszej wędrówki nie było już daleko. Kiedy schodziliśmy z Policy, powitało nas słońce, oświetlając Złotą Grapę (1242 m.n.p.m.), Okrąglicę (1247 m.n.p.m.), Gorce i Tatry. Po 30 minutach zameldowaliśmy się w lekko zatłoczonej (późna pora obiadowa) jadalni schroniska PTTK na Hali Krupowej. Tu odebraliśmy legitymację „Klubu Przyjaciół Schroniska na Hali Krupowej” oraz klucz do pokoju nr 2. Było ok. 16.00 – cały marsz z marudzeniem i postojami zajął nam ok. 4 godzin.
Po złapaniu oddechu i przekąszeniu małego „conieco” (kanapki + żurek z jajkiem & kiełbasą), wyruszyliśmy do węzła szlaków na hali, a stamtąd – do kapliczki Matki Boskiej Opiekunki Turystów na pobliskiej Okrąglicy. To niecałe 15 minut, szlakiem czerwonym, a potem – za strzałką – w lewo. Kapliczka znajduje się tuż obok wieży przekaźnikowej (która strasznie huczy na wietrze). Warto się tu zatrzymać, przeczytać tablice ku pamięci tych, którzy z gór lub w góry już nigdy nie wrócą. I zanieść swoje prośby hen tam, wysoko…
Wieczór spędziliśmy w pokoju, odpoczywając. Ranek zaś zbudził nas szybko – ok. 6.00 Renia zakomenderowała, że wstajemy. I oto objawił się minusik schroniska na Krupowej – pomimo licznie zebranych w jadalni głodnych i spragnionych (wrzątku) turystów, nie było mowy, by podwoje bufetu otwarły się wcześniej niż o 8.00. Na nic pukania i nawoływania… Po ciabacie & konserwach & topionym serze rozpoczęliśmy powrót – tym razem szlakiem zielonym. Na początku trawersowaliśmy Policę od północy, podziwiając Zawoję, Pasmo Jałowieckie i – odległe – Beskidy: Mały i Średni. Sam szlak, przecinając strome zbocze, nie szczędził nam atrakcji w formie osuwisk, urwisk i strumieni w ilości hurtowej.
Po około godzinie byliśmy przy zbiegu ze szlakiem zielonym i od tej pory rozpoczął się szlak „Końca nie widać” – jak go nazwała Renia. Dość nużące schodzenie drogą pełną kamieni, obchodzenie kolejnych górek, przeważnie w lesie, trwało kolejne dwie godziny i dało nam w kość – szczególnie psychicznie.
Kiedy dotarliśmy do samochodu, obejrzeliśmy się za siebie. Polica patrzyła na nas, oblana lipcowym słońcem.