Po około godzinie minęliśmy zarośnięty pokrzywami początek toru i naszym oczom ukazał się niewielki, drewniany budynek schroniska „Stefanka”. Przed budynkiem, pod parasolami odpoczywał spory tłumek turystów, korzystających z promieni słońca. Niestety, ciemne chmury nadchodzące znad Szyndzielni nie wróżyły zbyt długiej sielanki. Faktem, który przyciągał uwagę był przekrój wiekowy turystów: przeważały dwie grupy – rodzice z dziećmi oraz seniorzy. Zasiedliśmy pod parasolami, a Mikusia szybko zainteresował „Kozi Gród” – drewniany plac zabaw, przypominający nieco zamek, którym na dobre zawładnęła przybyła na Kozią Górę dzieciarnia. Kolejną atrakcją okazało się stadko owiec – z autentycznymi czarnymi baranami – które dość bezceremonialnie postanowiły najeść się kosztem turystów, nie robiąc sobie nic z licznych rąk głaskających ich miękką wełnę.
Niespokojnie zerkając w niebo, zjedliśmy późne śniadanie, skorzystaliśmy z Koziego Grodu i.... ruszyliśmy - niebieskim tym razem szlakiem – w dół. Nie zamierzaliśmy zmoknąć, więc tempo obraliśmy dziarskie. Nie przeszkodziło nam to zatrzymać się na moment, by spojrzeć na panoramę Beskid Małego z Magurką Wilkowicką, Czuplem i Glinnem. W kwadrans od opuszczenia „Stefanki” dotarliśmy do Siodła pod Glinnem, by zmienić szlak na czerwony. Schodząc niezbyt wygodnie opadającą drogą, cieszyliśmy się, że nie wybraliśmy właśnie tej drogi jako podejścia. Po około pół godzinie znów znaleźliśmy się koło „Ondraszka” i naszego samochodu.