Przechodzące korytarzami twierdzy, dochodzimy do wysokiej Kurtyny (Kurtine), która strzeże dostępu do głównego placu fortecy, wysypanego drobniutkim, żółtym żwirem. Południowe słońce oślepiło nas, odbijając się od placu. Tu, gdzie kiedyś odbywały się apele i przeglądy, królują turyści, którzy pierwsze swe kroki kierują ku tarasowi widokowemu, z którego rozciąga się wspaniały widok na Koblencję oraz ujście Mozeli do Renu z charakterystycznym cyplem zwanym Deutsches Eck (Niemiecki Róg), na którym stoi pomnik cesarza Fryderyka Wielkiego. W oddali widać pasma górskie: Eifel oraz Hunsrück. Podczas wizyty w twierdzy towarzyszyła nam bezchmurna pogoda i nic przeszkadzało w podziwianiu krajobrazów.
Dziś w twierdzy znajduje się m.in. schronisko młodzieżowe i restauracja, gdzie zjedliśmy „sznycel forteczny”. Z twierdzy można wyjść inną drogą, schodząc prawie do samego miasta, my jednak jeszcze raz zapuściliśmy się w labirynt niezdobytej twierdzy, wracając do samochodu.
Koblencja była przez długa czas miastem garnizonowym, a podczas II wojny światowej – węzłem komunikacyjnym o strategicznym znaczeniu. Miasto usiane jest obiekatmi militarnymi, Jednym z nich jest
Fort Konstantin, górujący nad dworcem kolejowym Fort oddany został w zarząd stowarzyszeniu Pro Konstantin e.V., które zagospodarowało go. By do niego dojechać, trzeba ruszyć w stronę dzielnicy Karthaus, a z krętej ulicy skręcić w lewo i, lawirując między domami, dotrzeć do niewielkiego parkingu. Wstęp do fortu jest bezpłatny. Wchodząc przez bramę, znaleźliśmy się na obszernym placu, otoczonym z dwóch stron niskimi budynkami fortowymi, z dwóch zaś – tarasem widokowym, skąd można podziwiać Ren i Koblencję z innej perspektywy. W budynkach znajduje się bezpłatna ekspozycja, z której można się wiele dowiedzieć o historii samego fortu oraz innych koblenckich umocnień, po których dziś nie ma śladu. Poruszać się tu można dość swobodnie, a przygotowujący jakąś imprezę panowie sami zachęcali nas, by wszędzie wejść i wszystko zobaczyć.