SIWA POLANA – DOLINA CHOCHOŁOWSKA – SCHRONISKO PTTK NA POLANIE CHOCHOŁOWSKIEJ (1148 m. n p.m.) – SIWA POLANA

Długi sierpniowy weekend w Tatrach oznacza zazwyczaj najazd turystów. Tak więc by wyruszyć ku Chochołowskiej Polanie, na parkingu na Siwej Polanie (20 zł/cały dzień) zameldowaliśmy się parę minut po ósmej. O kilka minut za późno, by załapać się na pierwszy kurs kolejki turystycznej „Rakoń”, którą podróż skróciłaby czas dotarcia do Polany Huciska. Wysłuchawszy cennika góralskich „dorożkarzy”, oferujących przewiezienia na tę polanę za od 70 do 100 zł, ruszyliśmy piechotą zielonym szlakiem, wiodącym asfaltową drogą. Na Siwej Polanie tamtejsi bacowie otwierali bacówki, wyganiając krowy i owce na pastwisko. Nasza marszruta trwała ok. 50 min. – tyle trzeba, by minąć masyw Rosoch – Zadniej i Skrajnej. W międzyczasie mijały nas liczne rowery, mniej liczne dorożki oraz wspomniana kolejka. Na Polanie Huciska, znajduje się pierwszy punkt zwrotu wypożyczonych rowerów – tu kończy się asfalt. My urządziliśmy sobie tam krótki postój. Turystów póki co było niewielu – przeważali raczej ci, dla których Polana Chochołowska nie była ostatecznym celem wędrówki. Dolina Chochołowska – mniej krajobrazowa od Kościeliskiej – jest dłuższa i wymaga większego wysiłku. Po minięciu leśniczówki – dawnego prywatnego schroniska Błaszyńskich – szlak zaczyna nieco piąć się do góry, wiodąc z lekka niewygodną brukowaną otoczakami drogą. Szliśmy tempem dość raźnym, Mikuś znów spełniał rolę plecaka.


Kiedy po półtorej godziny marszu otwarła się przed nami Polana Chochołowska, tonąca w sierpniowym słońcu, zachwyciliśmy się pięknem Tatr Zachodnich. Szliśmy doliną, mijając zabytkowe koliby, niektóre wciąż użytkowane. Z góry spoglądały na nas: Grześ (1653 m. n p.m.), Rakoń (1879 m. n p.m.) oraz Wołowiec (2064 m. n p.m.). Samą dolinę przemierzał spory kierdel owiec. Naszym celem było schronisko, ukryte wśród drzew na końcu polany. Tu rozsiedliśmy się na kamiennym tarasie, racząc się m.in. przysmakiem chochołowskim – szarlotką ze śmietaną oraz sosem jagodowym. Pół godziny odpoczywaliśmy w cieniu, chłonąc tatrzańską atmosferę, by w końcu ruszyć z powrotem – najpierw dojściowym szlakiem czarnym, prowadzącym obok niewielkiej drewnianej kapliczki, a potem znów zielonym. Z czarnego szlaku podziwiać można dolinę od góry, wraz z górującym nad nią od północnego wschodu Kominiarskim Wierchem (1829 m. n p. m.). Kiedy zeszliśmy do zielonego, musieliśmy „przepuścić” stado owiec. I tym razem szliśmy naprzeciwko gęstniejącej z każdą chwilą ciżbie ludzi, przeplatanej rowerami i dorożkami. I znów widzieliśmy młode małżeństwa pchające wózki, choć brukowana nawierzchnia nie sprzyjała ich małym kółkom. Kiedy dotarliśmy ponownie do Polany Hucisko, nasze przybycie zsynchronizowało się z przyjazdem kolejki „Rakoń” wyładowanej turystami do granic pakowności. Z powrotem wracało zaledwie kilka osób, a wśród nich my.




Strona główna