![]() |
![]() |
![]() |
Kiedy po półtorej godziny marszu otwarła się przed nami Polana Chochołowska, tonąca w sierpniowym słońcu, zachwyciliśmy się pięknem Tatr Zachodnich. Szliśmy doliną, mijając zabytkowe koliby, niektóre wciąż użytkowane. Z góry spoglądały na nas: Grześ (1653 m. n p.m.), Rakoń (1879 m. n p.m.) oraz Wołowiec (2064 m. n p.m.). Samą dolinę przemierzał spory kierdel owiec. Naszym celem było schronisko, ukryte wśród drzew na końcu polany. Tu rozsiedliśmy się na kamiennym tarasie, racząc się m.in. przysmakiem chochołowskim – szarlotką ze śmietaną oraz sosem jagodowym. Pół godziny odpoczywaliśmy w cieniu, chłonąc tatrzańską atmosferę, by w końcu ruszyć z powrotem – najpierw dojściowym szlakiem czarnym, prowadzącym obok niewielkiej drewnianej kapliczki, a potem znów zielonym. Z czarnego szlaku podziwiać można dolinę od góry, wraz z górującym nad nią od północnego wschodu Kominiarskim Wierchem (1829 m. n p. m.). Kiedy zeszliśmy do zielonego, musieliśmy „przepuścić” stado owiec. I tym razem szliśmy naprzeciwko gęstniejącej z każdą chwilą ciżbie ludzi, przeplatanej rowerami i dorożkami. I znów widzieliśmy młode małżeństwa pchające wózki, choć brukowana nawierzchnia nie sprzyjała ich małym kółkom. Kiedy dotarliśmy ponownie do Polany Hucisko, nasze przybycie zsynchronizowało się z przyjazdem kolejki „Rakoń” wyładowanej turystami do granic pakowności. Z powrotem wracało zaledwie kilka osób, a wśród nich my.