CHĘCINY
Wznoszące się na wysokim wzgórzu ruiny chęcińskiego zamku wyraźnie górują nad okolicą. Z początku minęliśmy je, kierując się ku pobliskiej Jaskini Raj, potem jednak wróciliśmy do Chęcin. Przy samym wjeździe do miasta zatrzymała nas przebrana w średniowieczne stroje młodzież młodsza, pobierając "myto" za wjazd przy okazji odbywających się (bodajże) Dni Chęcin. Samochód postawiliśmy na Placu Żeromskiego, z charakterystyczną pompą i zaczęliśmy piąć się do góry. Renia z miejsca ochrzciła zamek mianem "parostatku", a to z powodu, że wieże i mury z wykuszami okiennymi przypominają parowiec z nadbudówkami. Minęliśmy centralny plac Chęcin i pozostawiając za sobą kościół pw. Św. Bartłomieja Apostoła, zaczęliśmy się piąć ku górze. Droga ta okazała się dość stromym skrótem, wiodącym wśród kamieni, traw i zarośli; na tej trasie odczuliśmy też dotkliwie ciepło słoneczne. Po kilkunastu minutach byliśmy u zachodniej basztę czworogrannej, a przez znajdującą się obok furtę weszliśmy do środka
Wstęp na zamek kosztował 4 złote. Po obu dziedzińcach kręciło się wielu turystów oraz młodzieńców taszczących stare zbroje i uzbrojenie. Niedaleko znajdującej się w połowie zamku charakterystycznej czerwono-białej wieży minęliśmy strzelnicę z łuku wraz z miejscem, gdzie można było zrobić sobie zdjęcie w hełmie husarskim tudzież morionie. Stamtąd weszliśmy na zamek górny, gdzie napotkaliśmy kilka kramów z turystycznym badziewiem (czytaj: pamiątkami) i ustawiliśmy się w kolejce do wejścia na wschodnią więżę zamku. Wspinaczka na nią nie była zbyt karkołomna i, co najważniejsze, bezpłatna. Na górze dyżur pełniła pani przewodnik, która każdej wchodzącej grupie opowiadała o widokach. Z opowieści tej zapamiętaliśmy to, iż z baszty tej widać (ponoć) prawie całe województwo świętokrzyskie. Nas zafascynował widok trasy na Kielce (prostej, jak nie powiem w co strzelił) i samych Chęcin, gdzie brylują bryły dwóch klasztorów oraz majaczące w dali pasma górskie z wyraźnie odznaczającymi się Łysogórami.
Wizyta na samej górze nie trwała długo - wiatr bowiem dał się nam we znaki. Zeszliśmy więc, robiąc miejsce innym zwiedzającym, a po chwili opuściliśmy zamek, schodząc ku miasteczku drogą brzegiem lasu, która okazała się właściwym podejściem na zamek, o wiele łagodniejszym i mniej męczącym.
UWAGA - DUCH !!!
Chęcińskie duchy to przede wszystkim królowa Bona Sforza, małżonka Zygmunta Starego,
która po śmierci męża, wracając do Włoch, zatrzymała się w tutejszym zamku. Ponoć towarzyszyły jej wozy ze skarbami, które już z zamku nie wyjechały. Bona została otruta w Italii, jednak jej duch wciąż bywa w Chęcinach, w ciemne noce snując się w ruinach. Ponoć pilnuje bogactw... My bylismy za dnia i przyjemności spotkania z Jej Królewską Mością nie doświadczyliśmy.