BODZENTYN


Bodzentyn to niewielkie, senne miasteczko u pólnocnego podnóża Gór Świętokrzyskich. Trafiliśmy tam niedzielnym południem, jadąc od strony Kielc, a właściwie podkieleckich Ciekot, gdzie spędziliśmy noc w gospodarstwie agroturystycznym państwa Michtów (szczerze polecamy). Po drodze minęliśmy niewielkie skrzyżowanie, z którego, jeśli się spojrzy w lewo, widać majaczące wśród drzew zarysy murów. Po chwili dotarliśmy na rynek. Było akurat po mszy, więc rynek nieco się zaludnił, a właściciele miejscowych zakładów handlowo-usługowych w komplecie pojawili się w drzwiach swoich "firm". Na rynku brak jest kierunkowskazów do ruin. Trzeba po prostu iść w stronę kościoła pw. Św. Stanisława, a potem przeciąć ukośne mały rynek i wejść w niewielką, brukowaną uliczkę. Po chwili po prawej stronie, za boiskiem piłkarskim, ukażą nam się ruiny biskupiego zamku.
Zamek ten to na pierwszym planie pozostałości po podpiwniczonym, dwupiętrowym budynku, do którego wiedzie brama o portyku wykonanym z czerwonego kamienia - ponoć bez użycia zaprawy. Przechodzimy przez bramę, mijamy budynek, obowiązkowo zadzierając głowę do góry i wkraczamy na porośnięty trawą dziedziniec. Tu i ówdzie widać miejsca po ogniskach i walające się butelki i puszki po napojach alkoholowych. Zresztą podczas naszej wizyty dwóch miejscowych panów raczyło się w ruinach trunkami, korzystając z zalet ciepłego południa i uroku architektonicznego miejsca.
Prócz budynku głównego na ruiny zamku składają się: północno-zachodni narożnik murów oraz ściana wschodnia - obie części na wysokość dwóch pięter. Jeśli podejdziemy natomiast do zachodniego krańca ruin, okaże się, że stoimy na stromej skarpie, która przypomni nam, iż miejsce to pełniło kiedyś funkcje obronne, dopiero zaś później przebudowano go na pałac, którego pozostałości właśnie zwiedzaliśmy.
Do zamku zdążaliśmy i opuszczaliśmy go w towarzystwie sympatycznego kundelka - być może własności biesiadujących panów. Dotarliśmy do samochodu i ruszyliśmy ku Sandomierzowi.

 

 


Strona główna